Romantyczna opowieść o fizyce krainy czarów – romans fantasy

Ruszając z Łaptii na wschód, wędrowiec z początku przemierza żyzną, bogatą krainę, jakby złociste morze pszenicy, z którego wyrastają zdające się sunąć na żaglach wiatraków młyny. Już starożytni pisarze opisywali lud tego kraju jako szczęśliwy i twórczy. Obdarzeni łaskawie przez naturę chłopi z rzadka zaznają głodu, jako że ziemia jest w tej okolicy nad wyraz płodna. Dzięki łatwości uprawy, mieszkańcy zyskują wiele czasu, który poświęcają na czynienie swojego skrawka świata jeszcze piękniejszym.

Z tego też względu miejsca te upodobały sobie szlachetnie urodzone damy i ich rycerscy adoratorzy. Wśród pól pszenicy pobudowali skryte w cieniu lip dworki, które zwykli odwiedzać, aby odpocząć od wielkiego świata.

Frank Dicksee, La Belle Dame sans Merci, domena publiczna

Jednak im dalej na wschód, tym sielski krajobraz przeistacza się w stepowe pustkowie, gdzie nieliczne i niewielkie ruiny ledwie przypominają dawno minione czasy świetności Królestw.

Za tym pustkowiem rozciąga się las, który w ostatnich czasach przykrywa szczątki po chwalebnej przeszłości tego kraju. Idąc w głąb gęstwiny, wędrowiec trafi na zwartą puszczę. Więcej krąży o niej legend niż jest pewnych informacji. Niewielu się tam zapuszczało, nawet w lepszych czasach. Powiada się, że wśród tych gęstwin liczne są wyjątkowo zdradliwe bagna, a duchy tego lasu bywają szczególnie złośliwe.

Krąży także legenda, że niegdyś, jeszcze w czasach gdy Imperium Vayal rozciągało się od morza na zachodzie do oceanu na wschodzie, przez las ten wiódł trakt. Choć był niebezpieczny i na wpół dziki, pozwalał co odważniejszym spotkać się z dziwami jakie kryła gęstwina. Podanie głosi, że w miejscu gdzie las się kończył, rozciągał się widok na wzgórze. Na owym wzniesieniu stał zamek, którego mury były zupełnie czarne. Droga jednak omijała to miejsce. Sądzono bowiem, że gmach ów jest przeklęty, co kontrastowało wyraźnie z faktem, że lud żyjący nieopodal nazywał go Pałacem Rozkoszy, wierząc że zamieszkują go ponętne rusałki i ich kochankowie.

Żył w owym czasie wśród Łazygów rycerz imieniem Tułr. Był synem możnego pana, który to służył jako miecznik samego cesarza. Tułr korzystał z młodości, wsławiając się w turniejach i polowaniach. Tym samym zdobywał uznanie i podziw dobrze urodzonych panien. Sam jednak pałał miłością do kobiety, która wysoko ceniła swą panieńską cnotę i, choć nie widziała lepszego męża nad Tułra, postanowiła zażądać od niego dowodów miłości.

Była to dumna księżniczka Saula, córa króla Łazygów. O urodzie członków tego rodu krążą baśnie, którym jedni dają wiarę, inni zaś zwą „bałamutnymi”. Saula zaś była szczególnie piękna nawet pośród swoich krewnych. Historia zapamiętała ją rozmaicie: czasem jako uosobienie kobiecych cnót, innym razem jako nikczemną kusicielkę. Jedni więc powiadają, że to ona przywiodła najznakomitszego z rycerzy do zguby, inni zaś, że to jej ślepa miłość do niego odebrała światu klejnot jej urody.

Było chłodne, letnie popołudnie. Chylące się ku zachodowi słońce delikatnymi rozbłyskami muskało odległe wieże Łaptii i bliższe kłosy pszenicy. Barwne namioty i powiewające na wietrze proporce rzucały coraz to dłuższe cienie.

Tułr zeskoczył z konia. Towarzyszył mu wiwat zebranych. Był bohaterem, który po raz kolejny dał dowód swej waleczności. Ludzie kochali go za siłę i zwinność, a także za to jak bardzo odzwierciedlał ich wyobrażenie o najznakomitszym wojowniku.

Teraz, kiedy odrzuciwszy kopię, szedł w kierunku powalonego przeciwnika, tłum wśród pieśni i okrzyków zachwytu podziwiał jego grację. Pełna zbroja szeleściła lekko i połyskiwała w blasku słońca. Na wietrze powiewała błękitna peleryna zdobna złotymi lwami. Obrazu dopełniał pióropusz pawich piór wieńczacy hełm.

Rycerz odsłonił przyłbicę, ukazując gładkie i jasne oblicze. Uśmiechał się. Kiedy podszedł do przeciwnika, pomógł mu wstać, użyczając ramienia.

– Dzielnie walczyłeś, przyjacielu – powiedział – jeszcze chwila i nie dałbym ci rady.

Przegrany początkowo miał kwaśną minę, lecz kiedy przyjrzał się twarzy zwycięzcy i spostrzegł jak strugi potu wypływają spod hełmu zalewając oczy, uwierzył w jego słowa i z razu się rozpogodził.

Tułr uniósł w górę rękę przeciwnika i krzyknął w kierunku tłumu.

– Dawnom nie spotkał zdolniejszego rycerza. Będę spał spokojniej wiedząc, że w prawdziwej bitwie z tym oto mężem będziemy walczyć ramię w ramię.

Pokonany uśmiechnął się skromnie, ukłonił i odszedł. Tułr tymczasem miał do odegrania jeszcze jeden akt swojego przedstawienia. Zgodnym z obyczajem było, aby rycerz po zwycięstwie oddał honory damie, której ślubował.

Zwycięzca podszedł więc do trybuny, w której siedzieli król z rodziną i dworem. Wśród dzieci monarchy znajdowała się ona: piękna Saula. Podniosła się nieśmiało, aby dać za dość obyczajowi i pobłogosławić swojego rycerza. Tułrowi wydała się tego dnia szczególnie urodziwa. Złociste loki okrywały jej gładką twarz, opadając na zdobiony złotogłowiem karmazynowy płaszcz, który to okrywał błękitną suknię w srebrne łabędzie, barwy herbowe rodu królewskiego. Księżniczka próbowała powstrzymać uśmiech, który to raz po raz wstępował na jej twarz.

Rycerz zaś uśmiechnął się szeroko.

– Moja pani – zawołał na tyle głośno, żeby go słyszała, ale starając się nie krzyczeć – najurodziwsza Saulo! Walczyć dla twojej sławy było zaszczytem, którego nigdy nie stanę się godny.

– Najdzielniejszy z rycerzy – odparła ona, a jej głos w jego uszach był śpiewem – to raczej ja nie jestem warta abyś dla mnie się narażał.

Była to zwyczajowa wymiana zdań między damą i jej rycerzem po zakończonym turnieju. Powinni potem jeszcze kilka razy odpowiedzieć sobie coraz to bardziej uniżając siebie a wysławiając drugie. Tajemnicą poliszynela było, że scenariusz tego dialogu bywał wcześniej przygotowany.

Tułr jednak tym razem odszedł od zwyczaju.

– Moja pani, dla ciebie mógłbym narażać się do końca moich dni – zawołał. Tłum zawył z zachwytu. Takie wyznania zdarzały się rzadko i dlatego też tłum uwielbiał. Rycerz przyklęknął.

– Saulo, w obecności twojego ojca i matki, twoich sióstr i braci, proszę abyś mi była towarzyszką przez resztę życia.

Powietrze rozdarły wiwaty zgromadzonych. Saula nerwowo rozejrzała się. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Król, jej ojciec, spuścił głowę, śmiejąc się do siebie. Matka spoglądała zachęcająco. Siostry chichotały, bracia wzrokiem zagrzewali ją do powiedzenia „tak”. Była jedyną zaskoczoną. Najznakomitszy rycerz Tułr nie był jakimś niecywilizowanym dzikusem, który nie ustaliłby wcześniej wszystkiego z jej rodziną.

Salua jednak, czy to oburzona własnym zawstydzeniem, czy pragnąca zaznaczyć, że sama zdecyduje o ożenku, nagle wyprostowała się i opanowała dziewczęcy uśmiech.

– Skoro prosisz o moją rękę, rycerzu – powiedziała dumnie – jedno mam dla ciebie zadanie, abyś udowodnił mi swoją miłość. Przynieś jeden klejnot z legendarnego Pałacu Rozkoszy, aby jego moc pobłogosławiła nasze małżeństwo.

Tłum westchnął zachwycony. Takie historie zdarzały się jeszcze rzadziej. Króla ta odpowiedź zszokowała, królowa spojrzała na córkę z dezaprobatą, siostry westchnęły, a bracia byli gotowi wyruszyć na wyprawę z przyszłym szwagrem.

Tułra także taka reakcja zbiła nieco z tropu, lecz prędko pozbierał się w sobie, wstał, uśmiechnął się szelmowsko i rzekł:

– Moja pani, gdyby w Łaptii był wystarczająco rączy koń, klejnot byłby twój już dziś.

Saula odetchnęła z ulgą. Sama pożałowała swoich słów tuż po ich wypowiedzeniu i bała się, że najznamienitszy rycerz zrezygnuje z niej ze względu na dumę jaką okazała. Tłum wciąż wiwatował.

Tułr odszedł dalej aby odebrać honory od pana tych ziem, a później od króla, który zszedł ze swojej trybuny aby oficjalnie pogratulować zwycięzcy. Monarcha był zmartwiony, co widząc rycerz powiedział:

– Panie, udowodnię, że jestem godzien twojej córki. Jeśli zaś nie wrócę, będzie to oznaczało, że nigdy nie byłem. Siła mojej miłości przezwycięży każdą przeciwność.

Wyruszył więc Tułr z krainy złocistych zbóż. Przeszedł kraj starych wież strażniczych i domków myśliwskich, aż dotarł do gęstej puszczy, którą prowadził najbardziej bodaj zaniedbany trakt w całym Imperium. Nieustraszony minął strachy lasu, które zląkłszy się wielkiego rycerza, czmychnęły w głąb mateczników.

Dotarł wreszcie na skraj puszczy, skąd rozciągał się widok na kwiecistą dolinę usłaną lawendą i różami. W oddali zaś wznosiły się czarne mury Pałacu Rozkoszy. Za zamkiem zaś piętrzyło się kolejne wzgórze, gęsto porośnięte kwieciem. Gmach zdawał się otoczony przypominającym dysk barwnym kobiercem.

Rycerz pewnie ruszył przed siebie. Niedługo potem dotarł do różanego pola. Do jego nozdrzy dotarł rozkoszny zapach tych kwiatów. Zbliżając się do murów zamku, doszedł do wniosku, że musi on być zupełnie opuszczony.

Choć z oddali trudno było to dostrzec, okazało się, że bramy są szeroko otwarte. Tułr zeskoczył  z konia i w głąb ruszył pieszo. Czerń murów niepokoiła go.

Brama nie prowadziła na dziedziniec, ale do schodów, które z kolei wiodły na taras. Stamtąd dopiero rozciągał się widok na wewnętrzny plac. Tam zaś Tułr ujrzał tańczący tłum.

Niezliczone mnóstwo ludzi bawiło się w ścisku. Śpiewali i krążyli zdając się tworzyć spirale wokół wysokiej, czarnej kolumny stojącej na środku. Tłum był tak gęsty, że z tarasu Tułrowi zdało się jakby ci ludzie, niczym wir, byli zasysani przez kolumnę. Wyraźnie lubili swoje towarzystwo.

Cnemu rycerzowi zabawa ta zdała się wręcz orgią: widział całujące się pary, kielichy z winem opróżniane jednym łykiem i słyszał nieprzyzwoite okrzyki. Wiedział, że tylko ktoś z tego tłumu jest w stanie wskazać co mógłby uznać za klejnot, który dostarczyłby swojej wybrance. Zszedł więc po schodach na dziedziniec.

Na dole, zanim zdążył w ogóle przyjrzeć się tańczącym, jakaś dama chwyciła go za ręce i porwała do korowodu. Miała płomienne włosy i dzikie, zielone oczy. Odziana była w suknię barwy liści olchy, którą zdobiły wyszywane na złoto sylwetki kotów. Skroń dziewczyny oplatał wianek z róż, których barwy odpowiadały jej sukni.

Kiedy udało jej się wciągnąć Tułra do korowodu, przyciągnęła go do siebie i przywarła swoim ciałem do jego.

– Bawmy się! – zawołała.

– Nadobna pani – zaczął rycerz – przybywam w poszukiwaniu klejnotu z tego pałacu, aby podarować go wybrance mojego serca.

– Imponujące – odparła dziewczyna śmiejąc się i zarzucając ręce na ramiona Tułra – chciałabym aby i do mnie wzdychał tak dzielny kawaler.

Tułr postanowił udawać, że nie dostrzega niedwuznacznego zachowania damy. Uznał, że musi być zwyczajnie pijana. Ze wstydem przed sobą spostrzegł, że również ma ochotę na wino i chętnie zostałby wśród tych ludzi.

– Czy możesz mi, pani, doradzić kto jest panem tego zamku i z kim muszę rozmawiać aby kupić najcenniejszy tu klejnot?

– Najwspanialszy klejnot tutaj to tamten – dziewczyna wskazała na kolumnę na środku dziedzińca – wszyscy staramy się do niego dotrzeć.

Ach, więc ten taniec musi być grą, w której uczestnicy starają się dotknąć kolumny. Tułr uznał, że nie zaszkodzi wziąć udział w zabawie, a kiedy już zwycięży, porozmawia z panem zamku o darze, który mógłby zanieść swojej wybrance.

– Ruszajmy więc do środka – oznajmił i objął kibić partnerki. Ona zapiszczała z radości i jeszcze mocniej przywarła do niego. Ktoś podał mu puchar z winem i rycerz wypił, później następny i następny… nauczył się też słów pieśni, które śpiewali i, jako że wydały mu się szczególnie melodyjne, zaczął śpiewać razem z nimi.

Zabawa podobała mu się coraz bardziej. Choć ścisk był coraz większy, nie był uciążliwy. Uczestnicy byli pachnący, a ich ciała gładkie i przyjemne w dotyku. Jego partnerka tańczyła świetnie, miał wrażenie, że doskonale rozumieją nawzajem swoje ruchy i gdyby nie TO, to z pewnością zabiegałby o jej względy. Tylko gdyby nie co?

– Jak cię zwą? – zapytał w końcu.

– Yiva – szepnęła mu do ucha.

– Moje imię to Tułr – przedstawił się – Twoje brzmi jak w mowie Vayal.

– Nie wiem czym jest Vayal – odparła – świat ludzi jest mi obcy. Wy, o ile wiem, moje plemię nazywacie rusałkami.

Przemknęła mu przez głowę myśl, że fakt ten powinien go zaniepokoić. Tak się jednak nie stało.

– Opowiedz mi o tej grze – poprosił. Rusałka coraz bardziej wtulała się w niego, a on nie oponował.

– Grze? – zapytała rozbawiona – to nie gra, to droga ku przeznaczeniu.

– Co masz na myśli?

– W tym miejscu, w tym zamku spotykają się wszystkie rozkosze świata, a Kolumna jest ich esencją. Zmierzamy do niej aby osiągnąć spełnienie.

– Co stanie się kiedy dotrzemy do kolumny? – zapytał rycerz, chłonąc zapach róż we włosach partnerki.

– Zjednoczymy się w miłości – odparła.

Spojrzał spośród gąszczu jej rudych włosów w stronę czarnej kolumny. Teraz spostrzegł, że wygląda jakby była zbudowana z ludzkich ciał. Poruszały się one wijąc w ruchach czy to miłosnych, czy próbując się wyzwolić. Dłonie przesuwały się po nagich ciałach, nogi splatały ze sobą, twarze wykrzywiały spazmy rozkoszy albo przerażenia.

Tułr pomyślał, że nie przekona się jak tam jest jeśli sam tego nie spróbuje. Ta plątanina ciał wydała mu się pociągająca.

– Dlaczego nie zjednoczymy się już teraz? – szepnął Yivie do ucha.

Nie odpowiedziała. Zamiast tego pociągnęła go za włosy, odchylając głowę rycerza, po czym przycisnęła usta do jego ust. Tak zespoleni jeszcze prędzej zaczęli przemieszczać się w kierunku czarnej kolumny w zaczarowanym, rusałczym wirze.

Eony zanim to wszystko się zdarzyło, Saula siedziała w swoich komnatach, tkając z dwórkami i siostrami gobeliny godne królewskiego pałacu. Ona jedna nie była radosna tego wieczoru. Milczała, gdyż jej myśli były daleko przy rycerzu, którego wysłała na samobójczą wyprawę. Jak długo mijały chwile, tak coraz bardziej nienawidziła się za słowa, które wypowiedziała.

Oto tego dnia Tułr powinien powrócić, gdyby jego misja się powiodła. Kiedy więc zapadł zmrok, a rycerz się nie pokazał, zapłakana księżniczka potajemnie wsiadła na koń i wymknęła się z pałacu i z miasta. Pojechała w kierunku, gdzie wysłała ukochanego.

Przejechała szeleszczące w świetle księżyca pola pszenicy i minęła na wpół opustoszały kraj myśliwych i granicznych strażnic. Wjechała w mroczny gąszcz, którego duchy przyglądały jej się z ciekawością i szacunkiem, dostrzegając o wiele większy od nich cień, który przykrył jej duszę.

Dotarła wreszcie do doliny, gdzie lawenda i róże oplatały czarne mury Pałacu Rozkoszy.

Pośród kwiatów dostrzegła sylwetkę rycerza na koniu, zmierzającą w kierunku zamku. Z daleka Saula nie była pewna, czy człowiek ów się porusza czy stoi w miejscu. Nie wiedziała też, czy był to jej ukochany, czy jakiś inny rycerz, choć wolała przyjąć tą pierwszą możliwość. Spięła konia do cwału, aby dogonić go i zawrócić z tej drogi, powiedzieć, że kocha go i nie potrzebuje żadnych dowodów wzajemności.

Dziś jeśli jakiś śmiałek odważy się przebyć drogę, którą niegdyś przebyli Tułr i Saula, i stanie na wzgórzu, skąd rozciąga się widok na pole lawendy i róż, gdzie wznoszą się czarne mury Pałacu Rozkoszy, ujrzy w dole dwie skamieniałe postaci rycerza i próbującej go dogonić księżniczki.

Baśnie, które powstały na kanwie tej legendy podają, że dumny rycerz został ukarany przez bogów za swoją pychę, że może zagarnąć skarby, które oni sami umieścili w przeklętym miejscu. Saula zaś, w zależności od wersji baśni padła ofiarą ślepej pogoni za niewiernym, zapatrzonym w swoją doskonałość ukochanym, albo swej własnej pychy, która pchnęła ją do skazania najznamienitszego z rycerzy na pewną śmierć.

Wszystkie przekazy są jednak zgodne co do tego, że oboje zostali zaklęci w kamień i przemieszczają się kierunku Pałacu Rozkoszy o długość kciuka w ciągu stu lat. Czas bowiem w krainie czarów płynie inaczej i znane są setki opowieści o ludziach, którzy spędziwszy tam ledwie chwilę odkrywali po powrocie, że w ich kraju minęły setki lat. Lud zaś wierzy, że kiedy Saula, która znajduje się za Tułrem dotrze do bram pałacu, nastąpi koniec świata.

Patryk Gujda

Podobało Ci się to opowiadanie?
Zapisz się na newsletter aby śledzić nowości. Możesz też polubić moją stronę na Facebooku.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *