O królu Ualu Złym – baśń fantasy

Król spoczywał samotnie na wapiennych skałach przed murem zamku. Spoglądał na południe, gdzie leniwa Tołła toczyła swe wody wśród pól i pastwisk. Przyglądał się obrośniętym jemiołą wierzbom rosnącym nad rzeką. Ostatnimi laty wodny trakt pustoszał już przed południem. Ual pamiętał, że kiedy był młodszy, za rządów jego ojca, barki spławiano dopóki było jasno. Był to tylko jeden z wielu znaków, które przypominały mu, że w jego królestwie dzieje się źle.

Czy był władcą gnuśnym? Może przedkładał wino i towarzystwo kobiet nad sprawy państwowe? Czy zwaśnił się z sąsiadami, którzy napadli i okrutnie złupili jego ziemie? Nic takiego nie miało miejsca. Odkąd Ual objął rządy, poprzysiągł sobie za wszelką cenę utrzymać pokój, pozwolić ludziom żyć spokojnie i stopniowo rozwijać kraj tak, aby wszystkim mieszkańcom zapewnić bezpieczństwo i dostatek.

Chciał zostać królem budowniczym, który ujarzmiłby rzeki i wzgórza tak, aby służyły potrzebom ludzi. Wojny chciał toczyć z bagnami i gęstymi puszczami, aby wydrzeć je dzikiej zwierzynie, a oddać rolnikom, którzy wyżywiliby dzieci swoje i innych.

Jan Nepomucen Głowacki, Zarzecze, domena publiczna

Ledwie jednak zaczął budować, a kraj nawiedziła plaga. Zdziesiątkowała ludność i pogrążyła ją w smutku. Wielu straciło bliskich, niektórzy zniedołężnieli na stałe. Jeszcze kraj nie otrząsnął się z tej klęski, łupieżczy najazd Algadów z zachodu skąpał we krwi ćwierć kraju. Zanim król zdołał zebrać hufce i doścignąć wroga, część możnych okrzyknęła go przeklętym i podniosła sztandary przeciw niemu. Wojna przeciągnęła się i kosztowała życie wielu. Zaraz po niej królestwo nawiedziła kolejna zaraza, o wiele gorsza od poprzedniej. Tak minęło pierwsze pięć lat rządów Uala.

Gdy to pasmo nieszczęść się zakończyło, król wrócił do swojej polityki. Chciał zmyć siebie reputację reputację władcy nad którego rządami ciąży klątwa poprzez odbudowanie starożytnej twierdzy Rhawahr. Legenda głosiła, że miała ona nigdy nie  zostać odbudowana. Ual jednak wierzył, że jego błogosławieństwo jako budowniczego króla będzie silniejsze od klątwy twierdzy.

Królowie Łazygów byli bowiem wówczas od urodzenia obdarzeni błogosławieństwem. Na pamiątkę przyjaźni jaka połączyła założyciela rodu z Ludem z Jeziora, którego to krew od tego czasu popłynęła w żyłach rodu władców, kiedy rodziło im się dziecko, zwykła ich nawiedzać czarownica z gór. Dawała dziecku przymioty charakteru, które jednak miały swoją cenę. Im więcej zażądał król dla swojego dziecka, tym więcej musiał zapłacić. Ojciec Uala powiedział mu kiedyś, że poprosił, aby jego syn rządził długo, toczył zwycięskie wojny i był wielkim budowniczym. Obecny król nie miał ochoty toczyć wojen i swoje długie życie chciał spędzić na budowaniu.

Będąc tak utwierdzonym w swoich możliwościach, Ual poczuł, że odbudowa Rhawahru jest jego przeznaczeniem. Opróżnił więc skarbiec aby opłacić robotników i rozpoczął wielką budowę, jakiej nie widziano od czasów cesarzy w Vayal. Dwa lata ledwie minęły, a twierdza stała niemal ukończona. Lud i możni dziwili się temu i wielbili wielkość swego króla.

Wtedy gwiazda spadła z nieba nieopodal twierdzy, zabijając robotników i niszcząc ich pracę. Wiele wiosek spustoszył ten upadek i wiele majątków zrujnował.

Ual widział, że oto zaczyna się kolejna fala klęsk. Dochodziły go słuchy o jeszcze jeden pladze rodzącej się w Striole i o wzmożonej aktywności barbarzyńców z zachodu.

Posłał więc po przebywającego na wygnaniu stryja Tiprełła. Był to stary rycerz, który wcześniej pozostawał najwierniejszym doradcą swego brata, starego króla. To on przewodził buntowi przeciw Ualowi i za to został skazany na banicję.

Teraz, wpatrując się w jemioły porastające wierzby nad Tołłą, Ual oczekiwał przybycia swego niedawnego wroga.

Przeminęło popołudnie i wieczór. Wtenczas dopiero nadeszły wieści, że Tiprełł przybył. Znużonego podróżą możnego odesłano do komnat na spoczynek. Król chciał przyjąć go w całym majestacie kolejnego poranka.

Gdy nadszedł czas, w sali audiencyjnej ustawiono podłużny stół, u którego szczytu ustawiono królewski tron. Wzdłuż niego zasiedli dworzanie i królewscy urzędnicy, a także kilku szlachciców i krewnych króla, goszczących w tym czasie na dworze. Banicie przyznano zwyczajne miejsce, niedaleko króla tak jakby nigdy nic się nie zdarzyło. Król chciał tego poranka mieć go po swojej stronie. Wśród gości znalazł się także słynny uczony, Pauki ze Striołły.

Władca spodziewał się, że Tiprełł, jak kazał powracającym banitom zwyczaj, padnie mu do nóg i będzie błagał o przebaczenie. Tak się jednak nie stało. Rozgniewało to Uala, jednak zdusił w sobie urazę, aby nie wszczynać nowego konfliktu kiedy potrzebował we wrogu przyjaciela. Zamiast tego, gdy zasiedli do stołu, zapytał:

– Drogi stryju, nie chciałbyś powrócić do naszego królestwa i swoich ziem?

– Niczego nie pragnę bardziej – odparł tamten – ale, z całym dla waszej miłości szacunkiem, dopóki rządzisz, nie jest to możliwe.

Kilka osób syknęło, kilku rycerzy poderwało się na te słowa, lecz król gestem nakazał im się uspokoić. Słowa Tiprełła były szorstkie, ale buntownik nie został zaproszony aby król miał dochodzić swojego honoru.

– Dlaczego nie, stryju? – zapytał król udając rozbawienie – Czyż nasi przodkowie nigdy się nie waśnili, a później dochodzili do porozumienia?

– Posłałeś po mnie, żeby prosić o powrót na dwór? Potrzebujesz mojej rady?

Król westchnął z rezygnacją. Chciał zawoalować swoją prośbę, aby nie wyrządzić uszczerbku na majestacie na oczach dworu i krewnych. Stryj przyparł go jednak do muru.

– Nie mogę cię prosić abyś powrócił – odparł król, ważąc słowa. Chciał dopowiedzieć, że to stryj jest buntownikiem i to on powinien prosić o wybaczenia. Stłumił jednak dumę i zamiast tego zadał pytanie, które było celem tego spotkania:

– Od początku moich rządów na królestwo spadają klęski, nie pozwalają mi rządzić tak, jakbym chciał: łagodnie i sprawiedliwie, budując wielkość królestwa. Sądzę, że mogłeś mieć rację co do tego, że jestem przeklętym królem.

Tutaj zrobił pauzę, aby zastanowić się nad kolejnymi słowami. Przerwę tę wykorzystał Welo, królewski szwagier i ekonom:

– Wasza miłość – powiedział – wybacz, że wtrącam się, lecz sądzę, że takie wyrokowanie to nadużycie. Historia pokazuje, że nowi, niedoświadczeni władcy w początkach swych rządów muszą mierzyć się z rozmaitymi trudnościami. Ty miałeś nieszczęście mierzyć się z większymi niż inni, lecz przetrwałeś, co tylko dowodzi twej siły.

– Moje królestwo od siedmiu lat nawiedzają plagi i wojny, a na zamek, który starałem się wznieść spadła gwiazda kiedy prawie był ukończony! – zawołał król – Ludzie, którzy przy nim pracowali nie żyją, a ich ciała spłonęły. Nie możemy ich nawet pochować. Za mojego panowania umarło zapewne o wiele więcej ludzi niż się narodziło!

Welo zamilkł, spuściwszy wzrok. Ekonom bowiem, choć jego sceptycyzm wypływał nie tyle ze skłonności do pochlebstw, co realnej wiary w brata swej żony, nieumyślnie złamał fasadę spokoju, jaką starał się zbudować król. Ten tymczasem kontynuował rozmowę ze stryjem. Tym razem jego głos pozostał uniesiony, rozemocjonowany.

– Ojciec powiedział mi, że jako prezentu z okazji moich narodzin zażądał, abym był niezwyciężony w walce, abym rządził długo i abym zbudował dzieła godne największego z królów. Podobno zawsze jest cena takiego daru. Jaka jest cena mojego?

Tiprełł westchnął i spuścił wzrok.

– Masz rację, wasza miłość, byłem przy tym kiedy mój brat poprosił wiedźmę z gór o dary dla swego syna, następcy tronu. Dobrze pamiętasz, że poprosił o takie: abyś nigdy nie przegrał bitwy, by twoje rządy trwały długo i aby budowle które wzniesiesz przetrwały wieki.

Wiedźma odparła, że hojnym jest dar, którego chciał dla ciebie twój ojciec, więc i cena jest wysoka. Jako, że król w swojej mądrości poprosił o dary dla królestwa raczej niż ciebie samego, również zapłacić mieli poddani. Stało się dokładnie tak jak przepowiedziała, plagi i głód nawiedzają kraj, wojen nie będzie końca, a jeśli w swej pysze posuniesz się zbyt daleko i spróbujesz geniuszem jaki dostałeś przełamać wyroki bogów, gwiazdy z nieba spadną, aby zniszczyć twoje dzieła. Tak się już zdarzyło z próbą odbudowy Rhawharu.

Król nakazał mi znalezienie sposobu na przełamanie klątwy. Całe życie spędziłem szukając, ale nie znalazłem. Kiedy twój ojciec umarł, kontynuowałem poszukiwania, lecz nie spodziewałem się, że będzie tak źle. Widziałem jednak, że choć obdarowano cię geniuszem wojennym, wcale nie ciągnie cię do wojaczki. Sądziłem wówczas, że jeśli rzucę ci wyzwanie, zmiękniesz nie chcąc walczyć z ukochanym stryjem i sam ustąpisz… i może gdybyś zrezygnował z tronu, klątwa byłaby przełamana.

Ual zasępił się. W tym, co mówił jego stryj była jakaś logika: gdyby nie był królem, błogosławieństwa nie mogłyby dojść do skutku, a więc być może nie trzeba by płacić ceny. Niemniej jednak wiedział, że obowiązek zdjęcia klątwy ciążył na nim, nie na stryju. To on był królem i to on powinien chronić swój lud, nawet przed sobą samym. Jeśli taki był wyrok wiedźmy, zrezygnuje z tronu i odnajdzie ją, żeby upewnić się, że wraz z błogosławieństwem zdejmie też klątwę.

Król uniósł głowę i spojrzał na zgromadzonych. Zamierzał oświadczyć swoją wolę. Otworzył usta i poruszył nimi. Nie dobył się z nich żaden dźwięk. Odchrząknął i spróbował ponownie wypowiedzieć swój zamiar. Bez skutku. Kilkukrotnie jeszcze podjął próbę przemówienia, wiercił się i wysilał gardło, sfrustrowany, jednak żaden dźwięk nie mógł dobyć się z jego krtani. Chciał też poprosić o papier, jednak znów nie potrafił wypowiedzieć słowa. Zamoczył wreszcie palec w sosie z zamiarem odrysowania na stole swojej decyzji, lecz dłoń zastygła mu tuż nad blatem i nie mógł nią poruszyć, dopóki nie zrezygnował z tego pomysłu. Wreszcie, zrezygnowany, ukrył twarz w dłoniach.

– Zdaje mi się – odezwał się wtenczas uczony, Pauki ze Striołły – że jego wysokość król, w swojej szlachetności chciał przychylić się do pomysłu pana Tiprełła i odrzucić koronę, aby przełamać klątwę.

Obecni spojrzeli niepewnie w jego stronę, jakby wahając się czy godzi się wyrazić aprobatę.

Wtedy król zerwał się nagle, a jego twarz wykrzywił gniew. Choć gdzieś na dnie umysłu coś mówiło mu, że Pauki dobrze odgadł jego zamiar, był poirytowany i sfrustrowany tym, że coś przed chwilą próbował zrobić i poniósł porażkę przy wszystkich obecnych.

– Nigdy! – krzyknął – Nigdy nie zrzeknę się korony, a ten który spróbuje mi ją odebrać będzie musiał zmierzyć się z moim gniewem. Ja jestem królem i pozostanę nim do śmierci, która o ile mi wiadomo prędko nie nadejdzie!

Zgromadzeni wbili wzrok w potrawy, speszeni wybuchem króla. Starzec Pauki zająknął się. Żuchwa mu drżała, jakby chciał coś powiedzieć, lecz bał się czy nie rozsierdzi to króla jeszcze bardziej.

– Zamilcz, mędrcze – szepnął do niego królewski stryj, który jako jedyny nie przestraszył się monarchy – widzę teraz wyraźnie, że klątwy nie można przełamać w ten sposób, bo król choćby chciał, nie może odrzucić korony, a jako że jest niezwyciężony w boju, nie można mu jej odebrać – dodał.

Tymczasem Ual nieco się uspokoił. Uświadomił sobie, że Tiprełł mówi prawdę.

– Radźcie – polecił, siląc się na łagodny ton, jednak sposób w jaki oparł ręce na stole zdradzał zniecierpliwienie.

– Mój panie – raz jeszcze odważył się odezwać mędrzec Pauki ze Striołły, chociaż tym razem głos miał niepewny – jesteś królem, możesz rozesłać ludzi. Znajdź wiedźmę, która rzuciła czar. Wtenczas będzie można negocjować.

Król uśmiechnął się. Ten pomysł mu się podobał. Choć być może czasochłonny, przy zaangażowaniu odpowiednio wielu ludzi powinien się powieść.

– Tak, spróbujmy tego – powiedział.

– Już spróbowaliśmy – rzekł Tiprełł – Całe życie poświęciłem na poszukiwania i podobnie wielu ludzi, zarówno możnych jak i pośledniego stanu. Przetrząsnęliśmy puszcze i bezdroża, miasta i wioski. Szczególnie uważnie szukaliśmy na północy, gdzie lud opowiada sobie historie o wiedźmach z gór. Znałem ludzi, którzy dziewięć lat błądzili w jaskiniach Khawharu, lecz nawet tam jej nie odnaleźli. Gdziekolwiek mieszka wiedźma, jest w miejscu gdzie żaden śmiertelnik nie może się udać.

Król ponownie się zasępił. Nie odpowiedział. Wiedział, że to prawda: pamiętał wyprawy stryja, choć wtedy były dla niego niejasne.

– Wasza miłość – zabrał głos Welo – czarne lata zdarzały się w historii wcześniej i wiemy jak sobie z nimi radzić. Ważne, żeby mimo nieszczęść budować i pozwolić ludziom, żeby realizowali swoje ambicje. Śmierć, choroba i wojna to naturalne zjawiska, ludzie umierają, ale także się rodzą. Ważne, żeby królestwo przetrwało i umacniało się mimo plag.

– Mylisz się, szlachetny Welo – odparował Tiprełł – niejedno królestwo upadło przez plagi i wojny. Żaden lud nie zniesie ciosów padających zewsząd. Jedyną drogą jest przełamanie tej klątwy, a skoro nie można jej bezpośrednio zdjąć, król musi zrzec się korony w taki czy inny sposób. Musimy tylko zdecydować jak oszukać klątwę tak, aby było to możliwe.

– Możni panowie – wtrącił Pauki – pamiętajmy, że są na tym świecie siły potężniejsze niż czarownice. Zwróćmy się do bogów, złóżmy ofiary, wznośmy modły, a jeśli będą łaskawi, zdejmą klątwę.

– Znów, mędrcze, już próbowaliśmy – odparł Tiprełł

– Jeśli bogowie widzą wszystko, to wiedzą o naszym nieszczęściu i zgadzają się na nie – prychnął Welo. – Ja zaś, być może, wyraziłem się niejasno. Miałem na myśli, że król powinien zainwestować w zabezpieczanie się przed skutkami klątwy. Wiemy już co będzie się działo: głównie plagi i wojny. Budujmy więc szpitale i dozbrajajmy wojsko. Wypowiedzmy wojnę plagom, a skoro nie może być bitwy, którą król by przegrał, czy może ponieść porażkę z klątwą?

– Ostatnie siedem lat pokazało, że ta bitwa może być trudna – odparł Pauki. – Nie, król nie może jej przegrać, lecz jak wąż kryje się w skalnej szczelinie, tak i tu pułapka tkwi w niepozornym miejscu. Co prawda można wojować z klątwą i nie ulec, jednak królestwo może się załamać tuż po śmierci monarchy.

– Chyba, że król poprosi o odpowiednie dary dla swojego syna – odparł Welo.

– Pamiętaj, mój panie, że im większe będą dary o które poprosi, tym większe nieszczęścia spadną na królestwo. Wygląda na to, że jesteśmy w pułapce: żeby kraj nie został zniszczony przez jedną klątwę, musimy ściągnąć kolejną, być może gorszą. Zapewne można tak w nieskończoność, jednak staniemy się wiecznym królestwem bólu i łez. Już lepiej byłoby gdybyśmy zginęli.

– A gdyby król wyjechał – odezwał się Tiprełł – i pozostawił królestwo. Nominalnie wciąż byłby królem, ale nie rządziłby, więc tak jakby nie był. Być może to przełamałoby klątwę?

– Wciąż byłby królem – tym razem zabrał głos Welo – nie widzę powodu dlaczego klątwa, jeśli istnieje, miałaby przestać działać.

– Ja obstaję przy tym, że powinniśmy zwrócić się do bogów – wrócił do swojego pomysłu Pauki – odpowiadając na wasze zarzuty, pamiętajcie że ich wyroki bywają niezbadane, być może oczekują od nas przemiany serc, pokuty za grzechy, moralnego życia. Wtedy okażą litość i odsuną od nas to nieszczęście.

– Czego jeszcze chcą? – krzyknął Tiprełł wstając i podpierając się o stół – Choć walczyłem z moim bratankiem i byłem na wygnaniu, sądzicie, że nie doszły do mnie słuchy o tym jak dobrym jest królem? Że nigdy nie najechał sąsiada, chociaż wie że zwycięży? Że opróżnił skarbiec próbując pomóc dotkniętym plagami? Że osobiście odwiedzał chorych podczas zarazy i niczym zwykły medyk opiekował się z nimi? Wreszcie, że nie zaprosił nas tutaj, bo nie poddaje się w walce? Zaprawdę, nie oddaję mu hołdu ze względu na klątwę, lecz gdyby nie ona, nie miałby wierniejszego sługi ode mnie!

Ual wtenczas po tej długiej dopiero chwili uniósł twarz i spojrzał na zebranych łagodnie, ale wyraźnie zmęczony.

– Dziękuję wam za wszystkie rady – powiedział grzecznie, choć jego wzrok zdradzał, że nie był zadowolony z dyskusji – muszę przemyśleć je sobie w milczeniu. Wrócimy do rozmowy wieczorem.

Zebrani skłonili się kiedy król wstawał. Monarcha powolnym krokiem opuścił salę w towarzystwie dworzan. Jako, że zwykł rozmyślać spacerując, przebrał się w proste szaty, tak aby mógł przypominać zwykłego człowieka i ruszył z paroma ledwie dworzanami na drogi wśród pól otaczających zamek.

Choć wędrował nimi często, nie dane mu jednak było poznać wszystkich rozgałęzień i plątanin. Tym razem zdarzyło się, że wszedł w ścieżkę, którą nigdy wcześniej nie podążał. Idąc nią dłuższą chwilę, pogrążony w rozmyślaniach i zgryzocie, trafił do długiego i szerokiego parowu, gęsto usianego wapiennymi skałami.

W parowie owym, jak się okazało znajdowała się niewielka grota, w której zamieszkiwał żebrak. Podczas gdy miejska biedota często skazana była na życie w brudzie, odpadach i nieczystościach, to miejsce diametralnie różniło się od tamtych przygnębiających zakamarków stolicy.

Żebrak, który zamieszkiwał tę grotę ułożył sobie bowiem kamienie w rabaty i posadził w nich kwiaty. Pełno było wokół prostych rzeźb wystruganych tępym narzędziem w drewnie oraz kamiennych konstrukcji. Wśród rabat dało się dostrzec również rośliny nadające się do zjedzenia. Nie było tego na tyle wiele, aby zapewniło żebrakowi dość wyżywienia, jednak widać było, że starał się on z tego, co kiedyś wpadło w jego ręce zrobić jak najlepszy pożytek.

Mieszkaniec groty ułożył też sobie gałęzie, które wyściełał mchem, tworząc zachęcającą leżankę. Obecnie spoczywał na niej, wygrzewając się na słońcu i z ciekawością spoglądając na wędrowców.

Ual przystanął przy żebraku, również z zainteresowaniem oglądając efekty jego pracy.

– Króóóól! – wykrzyknął nagle żebrak, śmiejąc się i szczerząc pożółkłe trzy zęby, jedyne jakie mu pozostały.

Monarcha zachwiał się zaskoczony. Nie sądził, że człowiek ten go rozpozna. Spróbował gestem uciszyć krzyki żebraka, tamten jednak wydawał się tylko jeszcze bardziej rozbawiony i wciąż wykrzykiwał „króóól!”.

– Cicho bądź – krzyknął wreszcie któryś z dworzan i groźnym gestem zamierzył się na żebraka. Tamten odskoczył, chichocząc. Przestał jednak wrzeszczeć.

– Co waszą waćpana najwyższą królewską mość sprowadza w moje uniżone najskromniejsze progi? – wybełkotał żebrak, podchodząc do króla i za nic mając sobie niuanse etykiety.

Król uśmiechnął się. Choć niesforny, człowiek ten wydał mu się sympatyczny.

– Nie mieszkasz jak większość żebraków – powiedział.

– Eeee tam – żebrak machnął ręką – takie tam…

– Jak cię zwą?

– Hmmm… kiedyś jakoś mnie wołali, ale teraz zapomniał. Teraz to głównie kopią i przeganiają.

– Niemniej jednak jesteś arystokratą wśród żebraków, jak widzę.

– Gdzie tam – żachnął się tamten – każden tak może. Jaskinia ot, jak każda inna, nazbirał kamieni, nasypał ziemi i nasadził co tam rośnie.

– Jak straciłeś majątek?

– Nigdym go nie miał. Urodził się żebrakiem, uojciec z matkom chodzili po prośbie po domach, ja toż samo przez lata, a potem znalazł tę jaskinię i zamieszkał.

– Musi być ciężko. Wielu wolałoby rabunek, albo żebrać dalej.

– Bogowie nadali tyn los – powiedział tamten – miałbych być królem to by się urodził w pałacu. Ale ważne, żeby najlepiej skorzystać z tego co dali, a mam ci ja zdrowe nogi i ręce, to i pracuję.

– Żebraku bez imienia, podobasz mi się bardziej niż większość moich rycerzy – odparł na to król ze szczerym uśmiechem – od dziś zamieszkasz u mnie w zamku, dostaniesz ciepłej strawy i dach nad głowę i będziesz zajmował się moim ogrodem.

Biedak rozwarł usta i zaczął kłaniać się w pół raz po raz, nie mogąc opanować śmiechu i łez szczęścia.

– Ruszajmy z powrotem – powiedział król – zdaje się, że oto odnalazłem to, czego szukałem.

Gdy znaleźli się na powrót w zamku, słońce już chyliło się ku zachodowi i zbliżał się czas kolacji, w czasie której, zgodnie z królewską zapowiedzią miała się odbyć dalsza narada w sprawie przełamania klątwy. Ual jednak kazał przynieść sobie jedzenie, aby móc zjeść w samotności, i ogłosić, że narady nie będzie, bowiem podjął już decyzję co do dalszych działań. Zainteresowanych zaprosił na audiencję o wschodzie słońca.

Ze swoją decyzją przespał się jeszcze, a jego sen był spokojny. Był przekonany, że to co uczyni, będzie słusznym, choć bolesnym dla jego serca.

Z rana założył koronę, którą zdobiła diamentowa figurka łabędzia. Włożył napierśnik, który również przyozdobiony był królewskim herbem. Srebrzyste łabędzie pokrywały też błękitną tunikę, którą król miał pod zbroją. Karmazynową pelerynę, szytą złotogłowiem podtrzymywali idący za nim dworzanie. Tak przybrawszy swój majestat, udał się król do sali audiencyjnej, gdzie czekali już zebrani rycerze i dworzanie.

Widział zaskoczenie na ich twarzach, z rzadka bowiem występował na majestacie, a nigdy prawie w zbroi. Każdy z nich wiedział, że musi zachować milczenie. Takie bowiem było prawo dworu. Spuścili więc głowy, oczekując królewskiego wyroku. Czuli, że władca podjął decyzję i teraz już nie mogą się jej sprzeciwić. Czas na dysputy dobiegł końca.

Monarcha zasiadł na tronie i przez chwilę przyglądał się swoim poddanym. Pozwolił im także odczuć pełnię swego mjestatu. Wreszcie podniósł się. Uniósł dwa palce obok twarzy, wskazując niebo.

– Najukochańsi poddani – zaczął – oddaliwszy się w samotność, rozważyliśmy sprawy tyczące się dalszej polityki królestwa. Oto decyzje, które podjęliśmy. Niechaj nikt nie waży się im sprzeciwiać.

Ostatnie nieszczęsne zdarzenia, które nas nawiedziły i nasze próby przeciwdziałania im zupełnie opróżniły nasz skarbiec. Naszym priorytetem będzie więc ponowne go napełnienie. Aby ulżyć poddanym i nie nakładać na nich dodatkowych ciężarów, sięgniemy po skarby tych, którzy ośmielili się na nas niedawno napaść.

Mój wielce szacowny stryj może powrócić na łono królestwa, jeśli okaże skruchę i ukorzy się przed naszym majestatem. W przeciwnym razie będzie musiał raz jeszcze opuścić królestwo, lecz tym razem wszystkiego jego dobra zostaną skonfiskowane i nie będą podlegały dziedziczeniu. Jeśli pozostanie, będzie musiał stać przy nas w naszych zmaganiach z nieprzyjaciółmi.

Kiedy napełnimy skrzynie skarbami Algadów, wrócimy do projektów budowlanych. Musimy opanować rzekę i odbudować zniszczone twierdze. Kopalnie Khawharu wymagają rozbudowania, a w okolicy zapewne znajdzie się niejedno nieużytkowane złoże, które powinniśmy zagospodarować. Większa liczba portów na Tolle usprawni spław. To projekty, które podejmiemy w najbliższych latach.

Jako, że naszych robotników niejednokrotnie nawiedzają plagi, wielu z nich nie chce pracować dla nas. Dobro królestwa wymaga jednak aby ich do tego przymusić. Braki w ludziach wypełnimy niewolnikami spośród barbarzyńców. Wiele cierpień zadały te ludy naszemu narodowi i muszą te czyny odpłacić.

Ktokolwiek śmie sprzeciwić się tym decyzjom, zostanie uznany za wroga korony.

Po tych słowach król zasiadł. Choć napięcie dało się wyczuć, nikt nie śmiał zabrać głosu, ani nawet szeptem wyrazić swojej opinii.

Stało się tak jak Ual powiedział. Zebrano hufce i ruszono na wojnę. Algadowie zostali zmiażdżeni, a ich ziemie spustoszone. Do królestwa Łazygów spłynęły wozy z przeróżnymi dobrami i niewolnikami.

Kiedy odwet na Algadach został zakończony, król powrócił do kraju i wydał dekret sankcjonujący niewolnictwo. Za czasów Uala ludzi bardzo obficie pozbawiano wolności. Choć byli pozbawieni własności i prawa do decydowanie o sobie, ich los bywał lepszy od wolnych poddanych Uala. Tamtych bowiem, zgodnie z przepowiednią nawiedzały klęski głodu i zarazy, a które z jakichś powodów omijały niewolników pracujących przy wałach, fortecach i w kopalniach. Choć kraj był pustoszony tam, gdzie król nie mógł sięgnąć swoją twardą ręką, tam gdzie moc jego pięści ciemiężyła ludzi, nie groziła im klątwa wiedźmy z gór.

Król wielokrotnie jeszcze wyprawiał się poza kraj, wojując z rozmaitymi ludami i zasilając swój skarbiec oraz pomnażając swoją armię niewolników. Towarzyszył mu w tych bojach stryj, który po przemowie władcy owego dnia, kiedy król zmienił swoją politykę, ukorzył się i odtąd stał się jednym z najwierniejszych możnych przy Ualu.

Nowa polityka nie spodobała się natomiast Welowi, który z początku starał się szkodzić królowi, potajemnie finansując jego wrogów z królewskiego skarbca, nad którym szlachcic ów miał zarząd. Dzieła Wela sprawiły wiele zła w królestwie: podniosły się bunty, doszło do najazdów. Choć wszystkie udało się stłumić, pochłonęły wiele istnień. Kiedy król dowiedział się o działaniach swojego skarbnika, zapałał wielkim gniewem i kazał stracić możnowładcę.

Mędrzec Pauki ze Striołły z kolei, zawstydzony iż nie mógł rozwiązać problemów królestwa, a zrobił to zwykły żebrak, zrzucił szaty uczonego i przybrał łachmany. Z początku oddał się na służbę bezimiennemu ubogiemu, który uprawiał królewski ogród, a kiedy tego czas wśród ludzi skończył się, Pauki jeszcze przez długie lata wiódł pustelniczy żywot, dokonując wielu cudów i dzieląc się mądrością. O tym jednak opowiadają inne legendy.

Gdy to wszystko się działo, przyszedł również i dzień, w którym Ual ożenił się, a jego żona powiła mu syna. W dniu jego narodzin, w ciepłą, letnią noc, gdy promienie księżyca przez okno wieży padły na kołyskę, w oknie zasiadła sowa. Ual spojrzał na nią i wtedy ptak podskoczył, zmieniając się w staruchę. Była to wiedźma, która niegdyś poprzysięgła błogosławieństwo każdemu dziecku z rodu Łabędzia w zamian za cenę.

Wiedźma leniwym wzrokiem powiodła po zgromadzonych i uśmiechnęła się zgryźliwie.

– Jakiego daru życzy sobie król dla swojego potomka? – zapytała skrzekliwie.

Król zaś zapałał wtedy gniewem większym niźli wobec wszystkich zdrajców jacy dotąd próbowali zadać cios jemu i królestwu. Ze zmarszczonym czołem i poczerwieniałą od gniewu twarzą ruszył w stronę czarownicy dobywając miecza i krzycząc:

– Wynoś się! Wynoś się i nigdy nie wracaj, albo utnę ci łeb tu i teraz!

Starucha zaskrzeczała ze strachu, odwróciła się gwałtownie i wyleciała przez okno, zmieniwszy się w sowę. Od tego czasu nigdy więcej nie nawiedziła żadnego króla Łazygów aby dać jego dziecku nadprzyrodzone dary. Niektórzy powiadają jednak, że czyni to w zaciszu swojej kryjówki wedle uznania i teraz każdy kolejny władca nie wie jakie talenty i klątwy są mu przeznaczone.

Swojemu synowi, Yelowi, Ual pozostawił królestwo spustoszone przez dziesiątki lat plag, głodu i wojen, ale silne wojskowo i bogate. Gdy tylko przekleństwo Uala minęło wraz ze śmiercią starego króla, jego syn mógł spożytkować to co uzbierał jego ojciec na odbudowę zniszczeń. Ludziom za jego rządów wiodło się dobrze, choć nowemu królowi brakowało talentu wojskowego i z początku musiał z trudem bronić granic. Jednak dzięki pieniądzom pozostawionym przez ojca, udało mu się wybrnąć z konfliktów najmując najemników i kupując pokój. Królestwo powróciło na tory zwyczajnego życia.

Z tego powodu, że Ual aby chronić swój lud przed śmiercią, zapędził go w niewolę i mimo, że chciał być władcą łagodnym, przeznaczenie zmusiło go aby okazywał siłę ramienia, potomni nazwali go „Złym”. Jego historię jednak wielu opowiada sobie kiedy chce podnieść się na duchu w czasach gdy zły los niemiłosiernie ich przytłacza. Powtarzają sobie wówczas słowa Paukiego ze Striołły, który nauczył się ich od bezimiennego żebraka: „gdy nie możesz mieć tego, czego pożąda twoje serce, weź swój udział w tym, co jest ci dane”.

Patryk Gujda

Podobało Ci się to opowiadanie?
Zapisz się na newsletter aby śledzić nowości. Możesz też polubić moją stronę na Facebooku.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *