Wojna światów – opowiadanie fantasy

Pole zniszczenia

Zstąpili z niebios usłyszawszy potworny jęk, który podniósł się z ziemi. Powinni byli przewidzieć, że nowa gwiazda, która ukazała się na horyzoncie firmamentu, zwiastuje nieszczęście.

Miasto, do którego przybyli, niegdyś dumne i piękne, teraz spowijały płomienie. Budynki zapadły się pod ciosami dzikiej, nieposkromionej siły. Nie to było jednak najgorsze.

Gustav Dore, Zniszczenie Lewiatana, domena publiczna

Wkoło leżały stosy nagich, nadpalonych trupów. Jedni zginęli w płomieniach. Innych rozerwano na pół ostrymi narzędziami. Niektóre ciała sterczały wbite na pal, wpatrując się w niebo, jakby wyczekiwali pomocy bogów. Bogów, którzy się spóźnili.

Nurir zgrzytał zębami spoglądając na pobojowisko. Wraz z jego gniewem gęstniały chmury wymieniając między sobą iskry błyskawic. Spojrzał na towarzyszy. Yolor i Agaja spuścili ze smutkiem głowy, a światło ich tarcz, złotej i srebrnej przygasło, jakby pragnęli zgasić blask oświecający świat, aby zakryć te okropieństwa. Płomienie jednak nie pozwalały ciemności ogarnąć tej sceny.

Na twarzy Elayi srebrzyły się łzy. Isatha spoglądała zimno i gniewnie, lecz nie dawała się ponieść emocjom.

Wtem zza gruzów wyłoniła się grupa ludzi. Zakuci byli w dziwaczne zbroje i dzierżyli kostury. Przewodził im mężczyzna, którego ciało spowijały płomienie. Za nimi wlokły się przypominające smoki machiny.

Grupa od razu zaatakowała bogów. Grad ognistych kul posypał się na ich głowy. Smoki poczęły zionąć ogniem, a władca płomieni wzniecał pożogę wkoło siebie.

Bogów atak zupełnie zaskoczył. Yolor i Agaja zasłonili się tarczami. Elaya upadła rażona ogniem.

Nurir podskoczył, żeby ratować ukochaną, o której rękę się starał. Zasłonił ją własnym ciałem. Czuł jak ognisty deszcz spada na jego zbroję, słyszał jak ta powoli pęka. Widział też jednak poparzenia na ciele Elayi. Zacisnął zęby i podniósł ją. Wciąż przyjmując na siebie większość ciosów, zaniósł boginię do Yolora i Agai, aby mogła schronić się za ich tarczami.

Sam również skorzystał z tego schronienia, wspierając swą siłą Słońce i Księżyc przed spadającymi zewsząd płomieniami.

Rozejrzał się. Isatha gdzieś zniknęła. Pozostali bogowie pochowali się za gruzami i stertami trupów. To napełniło Nurira jeszcze większym gniewem. Czy bowiem godzi się bogu chować niczym tchórz przed przeciwnikiem?

Ujął więc Nurir swój łuk i z krzykiem bojowym wyskoczył zza tarcz. Wymierzył w pierwszego przeciwnika i wystrzelił. Celnie i skutecznie. Wkoło rozszalała się burza. Dzikie błyskawice raziły ognistych magów. Wyglądało to tak, jakby starły się dwie potęgi z zarania dziejów. Wieże, które jeszcze pozostały, rozsypywały się w pył, a marmury, które niegdyś zdobiły miasto zmieniały się w pulsujące gorącem strumienie.

Wtedy ruszyli pozostali bogowie. Przeciw najeźdźcom zwróciła się ziemia, ich płomienie poczęła przygaszać ulewa, ruchy krępowały wzrastające nagle drzewa.

Tamci jednak bronili się dzielnie. Żołnierze byli zwinni i dobrze wyszkoleni. Jeśli zdołali uniknąć ciosu, od razu kontratakowali ze zdwojoną siłą, a płomień ich przywódcy był nieugaszony. Wkrótce impet bogów zmalał.

Widząc to Nurir pomyślał, że kluczem do zwycięstwa w bitwie jest zabicie dowódcy. Odrzucił więc łuk i dobył topora. Ruszył w kierunku jęzorów ognia.

Władca płomieni, spostrzegłszy to, skierował całą swą moc na boga błyskawic. Fala gorąca uderzyła Nurira. Poczuł, jak jego zbroja i topór pękają i jednocześnie topią się. Kroczył jednak dalej w kierunku przeciwnika. Skierował w niego swoje błyskawice. Tamten, choć uderzony przez tę dziką burzę, wciąż trwał na pozycji, a jego ogień nie przygasał. Nurir uświadomił sobie, że musi to być jakiś obcy bóg. Bóg z obcego świata.

Nie był to jednak czas na ciekawość. Topór boga burzy stopił się. Dobył więc miecza. Ten jednak również nie wytrzymał płomieni wroga. Nurir musiał radzić sobie gołymi rękami.

Pierwsze ciosy zachwiały płomiennym człowiekiem. Prędko jednak chwycił napastnika za ręce. Siłowali się tak chwilę wśród płomieni i błyskawic, jeden bóg z drugim, każdy starając się przełamać moc drugiego swoją.

Nagle oczy płomiennego człowieka rozwarły się, płomienie przygasły a mięśnie zwiotczały. Bóg błyskawic już zadawał śmiertelny cios, kiedy na jego ramieniu spoczęła delikatna dłoń. Nie potrafił pozwolić jej czekać nawet tego ułamka sekundy. Za jego plecami stała Elaya, gwiazda poranna, której chwila za tarczami Słońca i Książyca wystarczyła aby otrząsnąć się po pierwszych ciosach.

– Będziemy musieli go przepytać – powiedziała po prostu.

– Twoja siostra uciekła – prychnął Nurir, odrzucając zwiotczałe ciało przeciwnika. Tamten usiadł na ziemi wpatrzony rozwartymi oczami w boginię.

– Nie – odparła. – Zobacz, walczy pośród smoków.

Bóg błyskawic wbił wzrok w gęste opary dymu rozświetlone tylko gdzieniegdzie buchającymi płomieniami. Istotnie, tam skąd ukazały się wrogie smoki majaczyła sylwetka jeszcze jednego, o wężowych kształtach, ulubiona postać gniewnej gwiazdy wieczornej.

– Idź, dokończ walkę – powiedziała Elaya. Wiedział, że ona musi zostać, aby szachować najgroźniejszego z przeciwników.

Ruszył więc od nowa wzniecając burzę. Wcześniej się nie mylił. Bez wodza przeciwnik nie miał szans. Choć dobrze uzbrojeni i zdolni w boju, byli to jednak ledwie ludzie o ich wątłych, łatwych do zniszczenia ciałach.

Przełamawszy ich linię obrony, bogowie dotarli do maszyn-smoków, z którymi od pewnego już czasu walczyła Isatha. Tamte w bliskim starciu okazały się ociężałe i powolne. Łatwo było się z nimi uporać.

Po skończonej walce, wrócili do miejsca, gdzie Elaya utrzymywała obcego boga pod swoim urokiem.

– Mówił już coś? – zapytał Nurir.

– Jego moc jest wielka – oparła gwiazda porankowa. – Ledwie udaje mi się utrzymać go pod moim czarem, ale nie potrafię zmusić go do mówienia.

Bogowie stanęli wokół.

– Wyjmijcie broń moi drodzy i skierujcie w niego. – odezwał się Yolor. – Elayo, musisz uwolnić to stworzenie spod twojego czaru. Inaczej niczego się nie dowiemy. Jeśli zaś zaatakuje, zabijcie.

Elaya cofnęła swój urok. Początkowo płomień na nowo zajaśniał w oczach obcego boga, lecz kiedy tylko spostrzegł swoją sytuację, rezygnował z walki. Zrozumiał, że przegrał i jest jeńcem. Uśmiechał się jednak z pogardą i wyższością.

– Kim jesteś i skąd przybywasz? – rzucił Nurir. Tamten roześmiał się tylko. Bóg burzy spoliczkował go za to tak, że tamten przewrócił się na ziemię.

Wtedy Agaja, bogini księżyca, pochyliła się nad nim. Jej tarcza była słońcem istot żyjących w świecie ducha, a więc przybywały one na każde jej życzenie. Gdy dotknęła czoła osłabionego, ognistego boga, w jego ciało wniknęły legiony dusz. Obcym wstrząsnęły drgawki, jednak nawet jego umysł nie był tak potężny żeby mierzyć się z tak wieloma intruzami. Duchy zmusiły go do mówienia językiem zrozumiałym dla obecnych.

– Nasze światy zmierzają ku zagładzie – powiedział. – Wspólnej zagładzie. Przebywszy pustkę kosmosu, nasz świat dotarł tutaj. Podróżowalibyśmy dalej, lecz ruchy ciał niebieskich są niezmienne. Wasz świat i nasz niedługo się zderzą. Zginiemy wszyscy: my i wy. Chyba, że któryś z tych dwóch światów nagle zniknie. Oczywiście z naszej perspektywy musi to być wasz. Przykro nam z tego powodu, wolelibyśmy aby tak nie musiało się stać. Jednak musi. Trzeba dokonać wyboru: albo my albo wy. Jeśli go nie dokonamy, zginiemy wszyscy: my i wy. Myśmy przysięgli chronić ludzi, którzy znaleźli się pod naszą opieką, nie możemy pozwolić im ulec zagładzie.

– Przerwij ten bełkot – prychnęła nagle Isatha. Wszyscy spojrzeli na nią zaskoczeni. Agaja jednak cofnęła duchy. Rzeczywiście, wiedzieli już wszystko.

Obcy bóg leżał teraz słaby i złamany. Jeszcze przed paroma chwilami groźny i potężny, teraz drżący, a z jego szeroko rozwartych oczu sączyły się krople łez. Jego przewagą było, że bogowie Ayavii nie wiedzieli co może nastąpić. Teraz jednak mogli kontratakować.

– To jasne co musimy zrobić – jeszcze raz zabrała głos Isatha.

– Nie, na pewno istnieje inne wyjście – zawołała Elaya.

– Jesteś głupia siostro i zastanawiając się nad życiem najeźdźców pogrzebiesz nas wszystkich!

– Nie wierzę, że jest ci obojętne życie tych ludzi i los ich świata.

Powietrze zgęstniało aż od starcia woli gwiazdy porankowej i wieczornej. Przerwał ten impas Yolor:

– Nie możemy zdecydować tylko w naszym gronie – powiedział. – Wracajmy na niebiosa, tam zbierze się rada.

Bogowie usłuchali go. Zabrali ognistego boga do pałacu Agisa i Tepali, pary boskich królów, jako jeńca.

Rada bogów

Bogowie zebrali się w pośpiechu. Mądra Oyna potwierdziła słowa jeńca. Obca gwiazda, która okazała się być światem, zmierzała w kierunku Ayavii. Zderzenie było nieuniknione i z pewnością poskutkowałoby wzajemnym zniszczeniem obu światów. Dla większości bogów wybór był jasny: trzeba było podjąć walkę, tym bardziej, że jeniec, którego wzięli podczas walki nie ukrywał, że bogowie i mieszkańcy tamtego globu podjęli już decyzję.

Jedynie Elaya miała odmienne zdanie. Głos gwiazdy porankowej, mającej szczególną zdolność zjednywania sobie serc, był znaczący, choć odosobniony.

­– Kimże jesteśmy, skoro chcemy tak łatwo podjąć decyzję o wymordowaniu całego świata? Czy zadaliśmy sobie pytanie o inną drogę? – argumentowała bogini. – Być może będzie to plan trudny. Być może ryzykowny, ale jeśli mienimy się bogami, strażnikami sprawiedliwości, musimy podjąć to ryzyko. Bylibyście zdolni spoglądać na własne oblicza, wiedząc jakich okropieństw dokonaliście?

Z początku wielu, łagodnie i z szacunkiem, starało się polemizować z Elayą. Argumentowano, że wydaje się, że nie ma innej drogi niż unicestwienie obcego świata. Jedynie Isatha próbowała podgrzać atmosferę kąśliwymi komentarzami. Choć jednak krwiożercza siostra gwiazdy porannej dzieliła z nią wiele talentów do zjednywania sobie innych, to wśród obdarzonych mądrością i cnotami nie dorównywała siostrze. Wreszcie zresztą, podobnie jak inni, sama też uległa i zgodziła się na konieczność pochylenia się nad alternatywnym planem.

Nurir się wahał. Był najsilniejszym z bogów i wiedział, że mają moc zniszczyć obcy świat w ten czy inny sposób, ale sprawić, żeby minął się on z Ayavią w bezpiecznej odległości jest niemożliwym. Jednocześnie pragnął stać po stronie Elayi, pokazać że jego serce jest dobre i czułe, a tym samym zaimponować bogini. Starał się bowiem o jej rękę.

Z tego też powodu w toczącej się dyskusji najmocniej obstawał przy zdaniu ukochanej, będąc zaś osobiście nieprzekonany do stanowiska, które przyszło mu zająć, przytaczał najmniej sensowne argumenty.

– Chwycę szczyty gór niczym lejce i delikatnie przesunę ich świat – oświadczył.

– Gmach naszego byłeś w stanie dźwignąć ledwie o łokieć! – wykpiła go Isatha.

– Zawrzemy sojusz z ich bogami i razem go przesuniemy.

– Wspólny wysiłek zmiany trajektorii którejś z planet jest możliwy – powiedział na to ognisty bóg, który uczestniczył w radzie jako jeniec i informator – musielibyśmy wywrzeć potężną siłę na jedną stronę którejś z planet, punktowo. Wielu by zginęło, może wszyscy, ale jest szansa że nie. Drugi ze światów przetrwałby nienaruszony.

– Doskonale! – zawołał bóg błyskawic. – Połączmy więc siły i skonstruujmy włócznię, którą popchniemy wasz świat.

– Dlaczego nasz?

Na to pytanie Nurir nie wiedział jak odpowiedzieć.

– Wykonaliśmy obliczenia. To oznacza zagładę wielu, próbowaliśmy tego dokonać tutaj, w waszym świecie, ale nam przeszkodziliście. No bo dlaczego mielibyśmy sprowadzać takie nieszczęście na naszych? Na ludzi, których mamy bronić? Jeśli pozwolicie nam dokończyć dzieła to mamy układ. Jeśli nie, wdrożymy plan zniszczenia waszego globu.

– Nie przemawiasz aby zbyt hardo jak na jeńca? – Isatha poderwała się i uderzyła ognistego boga w twarz.

– Oyno, radź! – Elaya chwyciła wezwaną za ręce w błagalnym geście.

– Nie wiem – odparła bogini mądrości. – Nie ma takiej mocy, która mogłaby rozwiązać ten kryzys bez ofiar.

Elaya spojrzała na Nurira ze smutkiem i z miłością. On widział, że chciała za wszelką cenę ocalić wszystkich, ale nie potrafiła. Szukała oparcia w jego sile.

– Możemy się tylko upewnić, że nie zginą wszyscy – odparł z całą szczerością. Zrobi z tamtym światem to, co ognisty bóg chciał zrobić z Ayavią, ale upewni się, żeby zabić jak najmniej jego mieszkańców.

Elaya wahała się. Całe jej jestestwo buntowało się przed zgodą na ten scenariusz. Wydawał się jednak najlepszy z możliwych. Nagle jakby spłynęło na nią natchnienie.

– Dajcie mi czas! – niemal krzyknęła. – Udam się do gwiazd i zasięgnę ich rady, odnajdę Wszechboga jeśli będzie potrzeba. Jego potęga i mądrość rozwiążą tę zagadkę.

– Masz niewiele czasu – ostrzegła Oyna. – Ledwie kilka miesięcy pozostało aż nasze światy się zderzą. Oni zaś zapewne już szykują kolejny atak.

Bogowie byli entuzjastyczni względem pomysłu Elayi. Przystali na tę propozycję.

Przetrwają silniejsi

Ledwie bogini świtu udała się w bezkres niebios, poszukując rady bytów starszych niż bogowie, pozostali dowiedzieli się, że władcy wrogiego świata opuścili swą siedzibę aby wydać im bitwę. Spoglądając w dal, bogowie spostrzegli nieprzeliczone zastępy żelaznych smoków z wolna kierujące się w ich stronę. Wiedząc, że bitwa będzie wyniszczająca, zwołali swoje zastępy, aby stawić wrogom czoła z daleka od Ayavii tak, aby konflikt nie wyrządził krzywdy jej wątłym mieszkańcom.

Armia bogów wyruszyła więc, aby spotkać wroga w aksamitnej ciemności poza światem.

Napotkali go niebawem. W tej bitwie nie było, jak to często między rycerstwem się zdarza, ani wymiany uprzejmości ani pojedynków słownych. Nie było negocjacji ani żądań uległości. Obie armie walczyły o egzystencję swojego świata.

Gdy tylko bogowie i ich wojsko zbliżyli się do wroga, posypał się na nich deszcz setek tysięcy ognistych strzał. Rozgrzane pociski w ciszy rozcinały mrok niebios. Gdy sięgnęły któregoś z wojowników Ayavii, obracały go w niebyt.

Nurir nakazał żołnierzom zmianę szyku na luźniejszy, aby deszcz ognia nie dziesiątkował oddziałów.

Gdy zbliżyli się do przeciwnika na odległość strzału, bóg piorunów uniósł swój łuk i posłał pierwszą, potężną błyskawicę i jednego z żelaznych smoków. Bestię oplotły świetliste łańcuchy, aż w końcu płomień, który palił się w jej wnętrzu eksplodował, rozsadzając potwora.

Ujrzawszy, że jego strzały są śmiertelne dla smoków, Nurir polecił wojsku osłaniać siebie i płanetników zdolnych miotać piorunami.

Wróg jednak domyślił się taktyki przyjętej przez bogów Ayavii.

Ogniści herosi tamtego świata zwarli szyk i klinem wbili się w luźne szeregi armii boga piorunów. Wkoło nich szalały płomienie i eksplozje. Chaos dezorientował Ayavijczyków. Desperacko próbowali dojrzeć swoich przyjaciół, a nie mogąc wzrokiem przeniknąć ognia i dymu, tracili nadzieję, sądząc, że wszystko stracone.

Niektórzy desperacko walczyli do śmierci, inni poddawali się, jeszcze inni cofali się, aby powrócić kiedy z tyłu dostrzegli swoich.

Bogowie zaś okrzykami zwierali szyki. Wkrótce grupki gromowładnych płanetników dzielnie stawiały czoła napadającym je ognistym demonom. Między nimi Isatha krążyła w smoczej postaci, rozkoszując się bitwą.

Zdawało się, że nastąpił impas i żadna ze stron nie zdobędzie znaczącej przewagi. Wtedy Nurir zawołał do Isathy:

– Smoczyco! Pozwól mi się dosiąść, abyśmy zdobyli przewagę nad wrogiem!

Sądził bowiem, że jej prędkość i gibkość w połączeniu z jego mocą pozwolą im zwyciężyć.

Gwiazda wieczorna zareagowała entuzjazmem na tę propozycję, gdyż jej serce rozpaliło się na myśl o złączonej mocy dwojga najbardziej wojowniczych bóstw. Podpęzła więc przez aksamit nieba do boga błyskawic i pozwoliła mu się dosiąść.

Zwinna smoczyca ruszyła między szeregi wroga, a Nurir strzelał z łuku do ociężałych wrogich bestii. Nie mogły umknąć jego pociskom. Płomienni bogowie, widząc, że szala losu przechyla się na stronę Ayavijczyków, skupili większość sił na próbie pokonania dwojga walecznych bóstw.

Isatha jednak była szybsza od nich. Wiła się między truchłami martwych potworów z żelaza, umykając przed wzrokiem i ciosami przeciwnika. Czasem pojedynczo stawała do walki z którymś z wojowników wroga, lecz tylko wówczas, kiedy pewna była zwycięstwa.

Bóg burzy musiał podporządkować się smoczycy. W bitewnym szale ani myślała słuchać jego poleceń ani rozważyć taktyki. Nurirowi pozostało więc miotanie piorunów gdziekolwiek zdarzyła się okazja.

Mimo tego, że ta współpraca była szczątkowa, z wolna zaczynało być jasne, że to Ayavijczykom przypadnie zwycięstwo. Widząc to, Isatha zawołała do swojego jeźdźca:

– Zwyciężyliśmy bitwę, lecz ich świat wciąż zmierza w kierunku naszego!

– Miejmy nadzieję, że twa siostra znajdzie pomoc wśród gwiazd – odparł Nurir.

– Nikt nie zna siły przekonywania mej siostry lepiej niż ja – rzekła Isatha. – Wierzę, że jej się powiedzie.

Boga błyskawic zdziwił łagodny ton gwiazdy wieczornej, tak dla niej nietypowy.

– Zamierzasz zrezygnować z rozlewu krwi, który tak kochasz? – zapytał, niby to żartobliwie.

– Ach, Nurirze, ranisz mnie swoją opinią o mnie! – prychnęła smoczyca. – To prawda, że, podobnie jak ty, nie wzdrygam się przed bitwą. Czy chcesz powiedzieć, że mężowi to bardziej przystoi niż niewieście?

– Wybacz mi moje słowa – odparł bóg. – Wierz, że waleczne niewiasty cenię nad mężów nawet. Nimi bowiem powoduje obowiązek, kobiety zaś z nieprzymuszonej woli stają w obronie tego, co kochają.

– Nie mam do ciebie żalu ­– odparła.

W czasie tej rozmowy przebili się przez szeregi wroga i zawiśli w pustce za nim. Widać było, że armia Ayavii dobrze radzi sobie w walce, toteż dwoje bogów wojny mogło przez chwilę odetchnąć. Nurir zsiadł z Isathy. Ona odmieniła swą postać.

Spostrzegł wtedy, że bardziej lubi ją w ludzkiej formie. Była delikatnej urody, sprawiającej wrażenie raczej dziewczęcia potrzebującego wsparcia niż walecznej bogini. Pomyślał, że zbyt surowo dotąd oceniał ją. Być może jej dzikość powodowana była gorącym pragnieniem ochrony tego, co kochała.

– Boję się – powiedziała, wpatrując się w niego dużymi, błyszczącymi oczami. – Boję się, że nie zdąży. Och, jestem pewna, że jej się uda. Ale może nie wrócić na czas.

– Bądźmy cierpliwi – odparł bóg burzy. – Jeśli będzie się spóźniać, uderzymy w ich świat tak, jak oni chcieli uderzyć w nas.

– Oby tylko okruchy ich świata nie spadły na nasz, zabijając tysiące jego mieszkańców.

Nurirowi serce podeszło do gardła. Nie myślał o tym wcześniej w taki sposób. Rzeczywiście, im dłużej zwlekają, tym większe zagrożenie dla własnego świata stwarzają.

– Czuję też, tak jak to siostry czują, że coś się dzieje. Elaya jest zaniepokojona. Błądzi pośród gwiazd, prosi o pomoc, one jednak nie mogą dojść do porozumienia. Nie zdąży.

Bóg błyskawic zacisnął szczęki. Patrzył w oczy Isathy szklące się od napływających łez. Wiedział, że musi zrobić coś, czego zrobić nie chce. Kiwnął tylko głową.

Cena ocalenia

Pozostawiwszy bitwę w tyle, dwoje bogów pomknęło w kierunku wrogiego świata. Był to gorący glob, na którym stalowe konstrukcie wiły się między ognistymi rzekami lawy. Bezduszność tej ziemi wymazała resztki wątpliwości z duszy Nurira.

Bóg piorunów wymierzył z łuku i strzelił. Później raz jeszcze i raz jeszcze. Wyładowania rozchodziły się po żelaznej planecie ze zwielokrotnioną mocą. Trudno było stwierdzić, czy udaje się zmienić kurs tego świata, czy każda strzała przynosi jedynie bezsensowną śmierć.

Isatha z początku przypatrywała się spektaklowi. Gdy nacieszyła już oczy, przybrała smoczą postać, czyniąc się większą niż zwykle i runęła na wrogi świat.

Miotając błyskawice z przestworzy, Nurir obserwował jak bogini wwierca się w dom nieprzyjaciela, niepomna na potoki lawy i ogniste pociski. Podążył za nią tunelem, który wydrążyła.

Dopiero w gorejącym sercu świata zatrzymali się.

– Tutaj ­– rzekła. – Tutaj musimy uderzyć, aby przesunąć ten glob.

Posłuchał. Uderzyli oboje całą mocą.

W sercu planety pojawiła się rysa. Później dwie. Tysiąc.

Głucha cisza nastała, gdy skały nagle rozprysły się na wszystkie strony.

Siła odrzuciła Nurira w tył, jakiś głaz uderzył go w głowę. Gdy próbował się otrząsnąć, zdało mu się, że widzi Isathę tańczącą radośnie wśród ruin świata. Lubowała się tragedią setek tysięcy istnień, upajała przelaną krwią. Nie była już zmartwioną kobietą walczącą o dobro swojego świata, a boginią triumfującą na grobach swych przeciwników.

Choć bóg burzy zrozumiał, że został oszukany, być może zaczarowany, nie mógł nic zrobić. Isatha wygrała. Pozostało im tylko wrócić i dokończyć bitwę.

Tam, gdzie pozostawili swoje wojsko, zastali światłość przepędzającą wszelki mrok, przyozdobioną różanymi promieniami jutrzenki. To Elaya powróciła, aby zatrzymać rozlew krwi. Towarzyszył jej orszak gwiazd.

Wróg pobity złożył broń. Yolor i Agaja jaśnieli wśród innych, równi gwiazdom. Oczy wszystkich zwrócone były w stronę Isathy i Nurira.

– Cóżeście uczynili? – szepnęła przejęta zgrozą Elaya. Dało się odczuć jak jej moc przenika aksamit nieba. Gwiazda poranna, choć stroniła od przemocy, miała w sobie coś, co sprawiało, że najpotężniejsi z bogów czuli przed nią respekt. Tym razem miała też za sobą wszystkich niebian i orszak gwiazd.

Isatha czmychnęła co prędzej. Nurir nie poruszył się.

– Musieliśmy… – wydukał. – Zwiodła mnie.

Elaya po prostu odwróciła się od niego. Jej blask przygasł, a wraz z nim światło wszystkich innych, którzy podążyli za Jutrzenką. Nurir pozostał w ciemności. Dopiero po chwili skierował się w stronę własnego świata.

Przez drogę układał sobie w głowie jak wytłumaczy się gwieździe porannej, jak znów wkupi się w jej łaski.

Nie było mu to dane. Gdy dotarł do pałacu bogów, Elayi już nie było. Powiedziano mu, że ukryła się gdzieś.

– Nie rozpaczaj – pocieszała go Isatha. – Jam nie gorsza od siostry. Jeśli pragniesz żony, wierz że będę dla ciebie lepszą towarzyszką.

– Nigdy się to nie stanie – wykrzyknął Nurir w gniewie. – Zwiodłaś mnie i wykorzystałaś. Zgubiłaś mnie! ­– Po tych słowach raził są piorunem.

Urażona bogini poprzysięgła zemstę. Jedni z niebian poparli gwiazdę wieczorną, inne boga błyskawic. Elaya, która zwykła łagodzić waśnie między bogami, wciąż pozostawała w ukryciu. Nie miał więc kto zakończyć konfliktu. Tak rozgorzała wojna między bogami, która objawiła się także wśród ludzi. Trwała całe stulecia, a zwana jest Czasem Zmierzchu.

Podobała Ci się ta opowieść? Bądź na bieżąco z fantastycznymi opowiadaniami ze świata Ayavii, zapisując się do newslettera.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz